33. Tylko strach sprawia, że jesteśmy ludźmi



Patrzysz na mnie ze spokojem w oczach; uśmiecham się lekko, gdy widzę w twoim spojrzeniu czułość. Czuję ciepło rozlewające się po moim ciele i delikatne mrowienie w koniuszkach palców; opierasz plecy o mój tors, a ja czuję, że tutaj właśnie jest moje miejsce.
— Zaśpiewasz mi coś?
Wytrzeszczam oczy ze zdziwienia i przez chwilę nic nie mówię; trawię twoją prośbę, a przez umysł przebiega mi milion myśli; co zaśpiewać? Chcę zaprotestować i jakoś wytłumaczyć ci, że ja nie śpiewam – bo nie śpiewam. Bill często zmuszał mnie, bym podczas koncertów śpiewał z nim jakieś partie tekstów, zwykle milkł wtedy, gdy ja zaczynałem śpiewać; był taki dumny, że spróbowałem, a ja myślałem, jak go za to zamordować.
Zerkam na ciebie i… cały mój opór topnieje w jednej chwili. Patrzysz na mnie tak, że zgodziłbym się absolutnie na wszystko. Jak ty to robisz, Liv?
— Coś konkretnego?
Uśmiechasz się leniwie.
— Coś, co lubisz.
Co ja lubię?, myślę przerażony, ale odpowiedź przychodzi sama i szybko.
Wiem, co lubię. Słowa odpowiedniej piosenki pojawiają się znikąd i formują na moim języku; nawet nie zauważam, jak zaczynam śpiewać. To zawsze tkwiło we mnie i na zawsze we mnie zostanie; ja byłem odpowiedzią.
Zamykasz oczy i mocniej wtulasz się w moje ciało, podczas gdy ja cały czas śpiewam; robię to cicho, jakbym bał się, że mogę cię zbudzić, choć wiem, że nie śpisz i uważnie mnie słuchasz. Czasami, kiedy napływające wspomnienia stają się zbyt męczące, łamie mi się głos. Jeszcze nigdy nie śpiewałem tej piosenki; ja tylko grałem na gitarze i słuchałem. Do tej pory myślałem, że zapomniałem już wszystkie słowa, bo przecież minęło tyle czasu… dziwię się, że mogłem tak pomyśleć – to tak jakbym miał zapomnieć swoje życie.
— Piękne to było, Tom — mówisz, kiedy w końcu milknę.
Próbuję się uśmiechnąć, ale wychodzi mi z tego tylko paskudny grymas.
Lubię takie momenty — dodajesz po chwili. Zastanawiam się nad tym. Jakie momenty? Gdy śpiewam? To był pierwszy raz… Gdy jesteśmy razem? — Nie potrafisz kłamać, Tom. Kiedy grasz albo śpiewasz, nie potrafisz niczego ukryć. To najbardziej mi się w tobie podoba.
Patrzę na ciebie bez słowa.
— Nie wiem, czy to dobrze. — Próbuję zażartować.
Opierasz się wygodniej i odchylasz głowę do tyłu, by spojrzeć mi w oczy. W twoich odbija się czułość i pewna mądrość, której nie jestem w stanie teraz pojąć. Krótkie kosmyki rzadkich włosów opadają mi na rękę; w końcu zaczynają ci wypadać. Gdy myślisz, że śpię, otwieram oko i patrzę na ciebie, kiedy przeglądasz się w lustrze. Boisz się chwili, która nadchodzi; w końcu wypadną wszystkie. Też się boję tej chwili, ale nie potrafię ci o tym powiedzieć.
— Zależy — odpowiadasz przekornie — jak przekonująco będziesz próbował kłamać, że nadal jestem piękna.
Śmiejesz się, ale mnie nie podoba się ten żart.
— Jesteś i zawsze będziesz — mówię krótko. Krzywię się, gdy wywracasz oczami. — Liv…
— …kochasz mnie, wiem — uzupełniasz, zanim zdążę dokończyć myśl. Masz rację, choć myślałem o czymś innym. O tym, że też się boję, co będzie za kilka dni, tygodni czy miesięcy. Boję się tego, co nas czeka – twoja walka to również moja walka. Ciągle się martwię, czy wystarczy mi sił, gdy tobie braknie. Nic jednak nie mówię i odwzajemniam twój pocałunek. — Tęsknisz za bratem.
Czekałem, aż to powiesz. I jak zwykle – nie zawiodłem się. Milczę i próbuję znaleźć jedną sensowną myśl w natłoku innych, która pozwoli mi się na chwilę skupić. Kładę się wygodniej na łóżku, a ciężar twojej głowy wbija mi się w żołądek. Zamykam oczy, odnajduję twoją dłoń i ściskam ją z nadzieją, że będzie mi łatwiej uporządkować myśli.
In die Nacht zawsze będzie dla mnie najważniejszą piosenką. Lubię inne z naszych płyt, lubię też te, które zwykle nagrywaliśmy razem „na później”, które nigdy nie nastąpiło. Ale ta piosenka była jedyną naszą wspólną; tak naprawdę wspólną. Nawet grywaliśmy ją tylko we dwóch. Na początku zdziwiłem się, że pomyślałem akurat o niej, gdy poprosiłaś mnie, by coś ci zaśpiewać. Ze wszystkich piosenek, jakie znam, akurat wybrałem tę. Ale kocham cię i ta miłość przypomina mi o tym, co we mnie najlepsze.
Mimo wszystko miłość jest dziwna. Z jednej strony sprawia, że jestem lepszym człowiekiem, z drugiej – myślę o moim bracie i nie wiem, kim jestem. Nie potrafię już z nim rozmawiać, a czasami żałuję, że jesteśmy braćmi. W głębi serca zaś za nim tęsknię i wiem, że jest jedyną osobą, która potrafi mnie zrozumieć. Nie do końca umiem się odnaleźć w tej sytuacji, gdy ty leżysz w szpitalu, Sam zmarł, a ja muszę cię okłamywać. Wiem, że Bill wiedziałby co robić. Podpowiedziałby mi, a znając mojego brata – przychodziłby tutaj ze mną i przesiadywał u ciebie godzinami, gdyby tylko dowiedział się, że jesteś malarką. Nikomu o tym nie mówię, ale są takie chwile, kiedy chcę złapać za telefon i do niego zadzwonić, by porozmawiać i wyrzucić z siebie wszystko to, co mnie dręczy od tygodni. Potem uświadamiam sobie, że nie mogę tego zrobić, a świadomość ta niesamowicie boli.
Od kiedy zadzwonił do mnie z informacją o śmierci Sandry, częściej o nim myślę. Głównie zastanawiam się, co się z nim stanie. Mimo mojej uzasadnionej niechęci do niej wiem, że ją kochał. A ona – mam nadzieję – w jakiś dziwny sposób kochała również mojego brata. Patrzę na ciebie i wiem, że nie chciałbym zrozumieć, co przeżywa mój brat, choć gdy myślę o nim, czuję jego ból. Patrzę na ciebie i wiem, że nie mogę cię stracić.
­— Kocham cię, Liv — powtarzam cicho i dopiero teraz uświadamiam sobie, że cały czas czekałaś, aż coś powiem o moim bracie. Mogę jedynie uśmiechnąć się przepraszająco, bo jeszcze nie jestem gotowy na tę rozmowę. Rozumiesz to i ściskasz mocniej moją dłoń.
— Ja ciebie też.
I nic więcej mi nie potrzeba.
Tom potrząsnął głową i skupił wzrok na Gustavie, który patrzył na niego z niecierpliwością malującą się na twarzy. Widocznie o coś pytał, ale Tom nie usłyszał pytania, więc wzruszył jedynie przepraszająco ramionami. Gustav westchnął.
— Pytałem o Liv.
— Nie czuje się za dobrze, ale lekarz mówił mi, że jej stan jest stabilny. Muszę odnaleźć jej brata i przekonać go, by ją znowu uratował. Nie mam pojęcia, jak to zrobię — wyznał. Gustav rzucił mu zatroskane spojrzenie, które zignorował. — Wiem, gdzie pracuje. Markus pomógł mi zdobyć adres, ale co ja mu powiem? Nie wiem, jakim jest człowiekiem. Co on myśli o Liv?
Gustav zastanawiał się przez chwilę.
— Nie widzisz, że jesteś w podobnej sytuacji? — zapytał. Tom pokręcił niepewnie głową. — Gdyby chodziło o twojego brata, rzuciłbyś wszystko, by go ratować.
— Tak, ale…
— Okej, jej brat był dzieciakiem, gdy zginęli ich rodzice. Uważasz, że nadal tak myśli? Że to wina Liv? — Powątpiewanie w jego głosie było aż nadto wyraźne, lecz Tom nie do końca był przekonany. — Mówiłeś, że wyszedł na prostą, znalazł pracę, uczy się. Nie sądzę, żeby ciągle żył nienawiścią. To w gruncie rzeczy bardzo trudne, a z czasem powinien zrozumieć, że Liv nie miała na to absolutnie żadnego wpływu. Przeżyła ten wypadek, a chwilę wcześniej pokłóciła się z ojcem… rozumiem, że to nadal przeżywa i z tego powodu się obwinia.
— Dlaczego się do niej nie odezwie?
— Kto wie? — odpowiedział pytaniem. Pochylił się nad automatem z kawą, wrzucił monety i wcisnął parę przycisków. Maszyna wydała z siebie bulgoczący odgłos i chwilę później Gustav wyciągnął kubek z parującą kawą. Upił łyk i zerknął na Toma. — Może wstyd jest silniejszy od niego. Nie pomyślałeś, że się boi? A ty czemu nie rozmawiasz z Billem?
Zostawił go z tym pytaniem i ruszył przed siebie korytarzem. Tom w końcu podążył za nim, w ciszy zastanawiając się nad jego pytaniem. Na początku chciał się obruszyć i wyjaśnić mu dość jasno, dlaczego nie rozmawia z bratem – to chyba jasne! Tak, to jasne. Poróżnili się zbyt mocno, by normalnie ze sobą rozmawiać. Tom miał mu wiele rzeczy za złe i całą listę pretensji, a Bill mógłby się odwdzięczyć podobną. Mimo wszystko w noc, w którą zmarła Sandra, Bill wybrał jego numer i zadzwonił do niego. Rozmawiali ze sobą jakiś czas i Tom chwilami miał wrażenie, że tej przerwy, całej złości i nienawiści nigdy między nimi nie było. Znów byli tymi samymi braćmi, którzy wskoczyliby za sobą w ogień.
Powłóczył powoli nogami. Wsunął ręce do kieszeni kurtki i ścisnął w dłoni telefon. Od tamtej pory Bill się nie odzywał i wydawać by się mogło, że wszystko wróciło do normy – ale jakiej normy? Takiej, w której już ze sobą nie rozmawiają. Czują swój wzajemny ból, lecz udają obojętnych na to, co czują. Liv miała rację, gdy zauważyła jego tęsknotę. Gdy minęła cała wściekłość, jaką czuł do niego, została mu jedynie pustka i tęsknota. Nie potrafił wymazać tego, że byli braćmi. I nie sądził, że byłby do tego zdolny – przecież byli ze sobą od zawsze.
Gustav pytał, dlaczego po prostu się do niego nie odezwie. Dlaczego nie szuka kontaktu? Powiedział, że go nienawidzi. Jak miałby to wytłumaczyć? Uśmiechnął się krzywo do siebie, zauważając to samo co Gustav. Dominic powiedział to samo Liv – ich sytuacje różniły okoliczności, ale ostateczny efekt był taki sam. Zaczął zastanawiać się nad bratem Liv; może byli w tym samym miejscu? Może dlatego akurat on miał odnaleźć Dominica? Mogliby się zrozumieć. Może czują to samo?
Westchnął cicho. A może to tylko czcze marzenia, bo boi się tego, co będzie musiał zrobić.
— Cześć, Tom.
Uniósł wzrok i odwzajemnił uśmiech Sophie. Wyszła z sali i zatrzymała się w przejściu, poprawiając zawieszoną na ramieniu torbę podróżną. Gustav wcisnął mu kubek z kawą w dłoń i podszedł do ukochanej, obdarowując ją pocałunkiem i odebrał bagaż. Posłała mu spojrzenie pełne czułości, a Tom przez chwilę poczuł się niezręcznie, obserwując parę przyjaciół.
— Jak się czujesz?
Milczała przez chwilę.
— Bezpiecznie — odparła szczerze. Stan fizyczny Sophie poprawił się na tyle, że lekarze pozwolili jej opuścić szpital. Tom tylko domyślał się jej stanu psychicznego, lecz Sophie nic nie dawała po sobie poznać. Uśmiechała się pogodnie i po jakimś czasie Tom zrozumiał, na czym polegała jej zmiana. Sophie stała się silniejsza; pomimo straty dziecka, zerwania przyjaźni z Mariną i całego zła, jakie wyrządził jej Georg, Sophie przekuła te przeżycia w siłę. — Co u twojej Liv?
Powtórzył mniej więcej to samo co Gustavowi.
— Chciałabym ją poznać — oznajmiła nagle. Popatrzył na nią ze zdziwieniem, a ona tylko wzruszyła ramionami. — Jesteś moim przyjacielem, Tom. Chcę poznać dziewczynę, która zdobyła twoje serce. Poza tym myślę, że mogłybyśmy znaleźć wspólny język. Może byłoby jej miło, gdyby odwiedziła ją jakaś dziewczyna?
Tom nie wiedział, co powiedzieć. Do tej pory nie zastanawiał się nad tym, jak czuje się Liv, skoro odwiedzał ją tylko on i Markus. Nie miała żadnych przyjaciółek ani nikogo innego, kto nie patrzyłby na nią ciągle z przerażeniem jak Tom albo z ojcowską troską widoczną w oczach Markusa. Liv polubiła Gustava, być może mogłaby porozumieć się z Sophie, której wprawdzie nie znała, ale okazywała jej współczucie i zainteresowanie, gdy o niej opowiadał.
Skinął głową.
— Jasne, może to dobry pomysł.
Sophie posłała mu zadowolone spojrzenie i zwróciła się ku lekarzowi, który wyszedł z sąsiedniej sali i podszedł do niej. Zamienili ze sobą kilka zdań, po czym lekarz uścisnął jej dłoń, skinął im obu głową i odszedł do swoich obowiązków. Sophie założyła płaszcz, owinęła szyję szczelnie szalikiem i ruszyła w stronę wyjścia.
Tom nigdy nie pomyślał o tym, by zapoznać Liv z Sophie albo chociaż Mariną, które były jego dobrymi przyjaciółkami. W normalnej sytuacji zaproponowałby to dość szybko – kiedyś często spotykali się w kilka osób, gdy wszyscy z nich mieli dziewczyny. Lubił tamte spotkania, ponieważ dostarczały mu wiele radości, a poza tym mógł spędzać czas ze wszystkimi ważnymi dla niego osobami. Później, gdy pojawiły się problemy w zespole, takie spotkanie było ostatnią rzeczą, na jaką miałby ochotę. Bill wprawdzie zmusił go, by przyprowadził Liv na galę, na której i tak się nie pojawiła. Lecz spotkania z przyjaciółmi traktował jako zagrożenie dla Liv, więc unikał tego za wszelką cenę. Dopiero teraz uświadomił sobie, że Georg nie zagraża już nikomu, Marina zerwała z nimi kontakty, Sandra niedawno zmarła, a jego relacja z Billem zaczęła zmierzać w innym kierunku.
Popatrzył na Gustava obejmującego Sophie przed nim i zastanawiał się, jak uda im się zbudować wspólne szczęście na tak delikatnym fundamencie.


Otwieram oczy i wiem, że coś jest nie tak. Moje ciało pokrywa gęsia skórka i wstrząsa nim nagły dreszcz. Odruchowo spinam mięśnie i szykuję się na atak, chociaż nie wiem, skąd mógłby nastąpić. Nie wiem, co tak naprawdę mi zagraża, więc mój strach się wzmaga. Przełykam głośno ślinę i rozglądam się wokół.
Moje serce bije o wiele szybciej, niż powinno, gdy rozpoznaję miejsce, w którym się znajduję. A właściwie: miejsca. Nie rozumiem, dlaczego moje mieszkanie przypomina dom, w którym się wychowałam; w którym mieszkałam, zanim wydarzyło się to wszystko… Odpycham od siebie te myśli i nie pozwalam, by wspomnienia przejęły nade mną kontrolę. Staram się oczyścić umysł, drżą mi dłonie, lecz udaję, że wszystko jest w porządku.
— Liv!
Drętwieję cała, gdy słyszę ten głos; boję się odwrócić i spojrzeć prosto w twarz Dominicowi. Cały czas czułam, że coś mi zagraża, a teraz już wiem co – mój brat. Dlaczego mnie to dziwi? W tym miejscu… mogłam spotkać tylko jego.
Przełykam głośno ślinę i odwracam się; Dominic stoi tuż za mną. Drżę cała na jego widok, ale wtedy dostrzegam, że on również jest roztrzęsiony. Ściągam brwi i napinam mięśnie; nie potrafię tego wyjaśnić, ale coś mi nie pasuje w jego zachowaniu. Zwykle wiedziałam, jak to się potoczy. Mój brat nigdy nie był przerażony tak jak teraz. Jego strach jedynie wzmaga mój.
— Dominic? Co się stało?
— To ten dom… co my tu robimy?
Patrzę na niego bez słowa. Rozglądam się raz jeszcze, ale dochodzę do tego samego wniosku co wcześniej – jesteśmy w domu.
Nagle łapie mnie za ramiona i mocno ściska. Z piersi wyrywa mi się zduszony okrzyk.
— Ona tu jest! — szepcze przerażony.
— Kto? — pytam piskliwym głosem.
— Ona — powtarza cicho, a ja zauważam, że z jego ust wydobywa się obłoczek pary. Czuję niespodziewanie zimno. Drżę nie tylko ze strachu, lecz także z zimna. To mnie zastanawia. Kiedy zrobiło się tak zimno? — Czujesz to, prawda?
— Ale co takiego?
— Zimno ci — wyjaśnia. Kiwam głową. — Ona po ciebie przyjdzie. Po nas wszystkich.
— Kto?!
Mrugam oczami i nie wierzę w to, co widzę. Mój brat rozpłynął się w powietrzu. Śmieję się cicho, a potem głośno chichoczę. Przestaję, gdy we własnym głosie wyczuwam nuty histerii. Chyba oszalałam. Ludzie nie rozpływają się w powietrzu. Zaciskam mocno oczy, bo chcę się obudzić; to tylko kolejny sen, który łatwo da się zakończyć. Szczypię się w dłoń, ale gdy otwieram oczy, nadal jestem w naszym domu. Dominica nie ma, jestem tego pewna, ale wołam go. Mój głos brzmi nienaturalnie głucho. Chrząkam i próbuję raz jeszcze, lecz brzmi tak samo.
Pocieram rękami zmarznięte ramiona i odwracam się. Zauważam, że panująca ciemność jest zbyt intensywna; jest aksamitna i przenikliwie czarna. Mam wrażenie, że gdybym wyciągnęła dłoń, to mogłabym ją chwycić. Przez chwilę chcę to zrobić, by się przekonać o irracjonalności mojego snu, ostatecznie jednak wciskam dłoń do kieszeni dżinsów. Boję się.
Robię ostrożnie kilka kroków do przodu; muszę jakoś wydostać się z domu i wtedy zastanowić się, co dalej.
W tym samym momencie na werandzie zapala się światło. Zatrzymuję się z nogą uniesioną do góry i patrzę jak zahipnotyzowana. Serce wali mi jak szalone w piersi, a ja mam nadzieję, że nie dostanę zawału. Nie chciałabym umierać sama; zawsze tego się bałam. Śmierci w samotności.
Rozmyślania o śmierci przerywa zauważalny ruch w głębi domu. Czuję, jak gęsia skórka pokrywa moje ciało. Przełykam z wysiłkiem ślinę i drżą mi dłonie. Stawiam cicho stopę na podłodze obok drugiej. Oddycham mimowolnie ciszej, ale i tak mam wrażenie, że głośno dyszę i każdy mógłby mnie usłyszeć.
Kto?
Patrzę przed siebie. Na werandzie ktoś chodzi; zauważam sylwetkę pochylonej kobiety, która powoli przemierza odległość do drzwi. Dławię się powietrzem ze strachu, gdy uświadamiam sobie, że kobieta właśnie odcięła mi jedyną sensowną drogę ucieczki. Rozglądam się, ale nadal jest zbyt ciemno, bym mogła cokolwiek dostrzec. Wytężam pamięć; przecież to mój dom! Nagle jednak czuję się, jakbym była tutaj po raz pierwszy w życiu. Nawet nie wiem, w jakim pomieszczeniu się znajduję. Zimny pot oblewa moje ciało.
Nagle słyszę szept mojego brata:
— Ona idzie po ciebie. Uciekaj, Liv!
Odwracam się w kierunku, z którego słyszałam głos Dominica. Zerkam jeszcze raz przez ramię i nie dostrzegam kobiety. Zamiast się uspokoić, ten widok wprawia mnie w prawdziwe przerażenie. Nie zastanawiam się zbyt długo, tylko zaczynam biec.
Uciekam na oślep, potykając się o różne przedmioty. Słyszę dziwny śmiech gdzieś za mną. Staram się przyśpieszyć, ale nie mam pojęcia, gdzie biegnę. Wyciągam telefon z kieszeni i wybieram numer mojego ojca.
— Bardzo cię kocham, tato. — Szlocham do słuchawki. — Wybacz mi…
— Nie ma dla ciebie nadziei. — Słyszę w odpowiedzi.

Upuszczam komórkę na podłogę i krzyczę.